Wtorek, Franek i poranek





Wtorek. Niby dzień jak każdy inny. Lecz ten wtorek, był inny niż poprzednie wtorki. Bo po pierwsze miałem wolne, a po drugie - ważniejsze, był to wtorek... Lecz pozwól, że zacznę od początku. 

San Fransisco. Piękny, pogodny poranek. Most Golden Gate, wiszący nad zatoką  (od której wziął swoją nazwę), tonie w obłokach białej, niczym śnieg, mgły. Cudowny widok okraszony pogodnym śpiewem ptaków. Sielanka. Gdy nagle coś się zmieniło. Z niewiadomego mi powodu ptaki przestały śpiewać i nastała przeraźliwa cisza, którą przerywają dziwne wibracje. Wszystko zaczyna się trząść. Czuję jak to wibrowanie przenika przez moją głowę z siłą młota pneumatycznego. Brrrrrrr, brrrrrrr, brrrrrrr - raz za razem. Michał... Michał... Michał. - ktoś mnie woła z oddali.
- No Michał! Do cholery wyłącz ten budzik - warknęła na mnie żona. 
Faktycznie telefon pod poduszką wibrował jak szalony. Czyli to był tylko sen?

Ok 5:30 czas wyprowadzić psa. Leniwie zbieram się z łóżka, jeszcze jest ciemno. Gołą stopą szukam kapci na podłodze. Jakich kapci? Przecież ja nie mam kapci! U nas chodzi się boso po domu. No dobra, chwiejnym krokiem ruszam do łazienki. Jestem. Ale zaraz, skąd się tu wziął "Krzyk" - obraz  Edvarda Muncha? Po omacku szukam okularów, które wczorajszym wieczorem zostawiłem na umywalce. Zakładam je na nos, żeby móc lepiej przyjrzeć się obrazowi wiszącemu na ścianie. Gdzie obraz? Zapalam światło, chwila ja znam tę twarz! To Ty Michał! 
- No cześć, obudziłeś się już? Gadam do odbicia w lustrze.
 Chyba jeszcze się nie obudziłem. 

Stoję już chwilę w tej łazience, zakładam jedną skarpetkę, drugą, nogawka i już mam się zabierać za kolejną, gdy czuję na sobie świdrujący wzrok. Odwracam głowę.
- No co się tak gapisz? No zaraz, nie widzisz że się ubieram? No nie gap się tak na mnie! Zaraz zabiorę Cię na podwórko. Dobra. Już, już. Widzisz? Jestem ubrany i zwarty. Szybko zakładam buty i wychodzimy - mówię. 
A przynajmniej tak miało być w teorii. Tańczący między nogami pies, wygląda jak w transie. Macha tym swoim łbem na lewo i prawo, podskakuje, merda ogonem jakby mnie wieki nie widział. Cały się trzęsie, jakby był w konwulsjach po ataku gazowym. 
- No już, uspokój się bydlaku jeden - mówię do psa wielkości wiewiórki. 
- No już, bo się zaraz zesrasz z tego szczęścia. 
- Wychodzimy. Chodź - wołam psa.
Piętnaście minut później, wracamy z podwórka. Pies zadowolony, opróżnił pęcherz i jelita. 
- No, to teraz mam czas, żeby zrobić Frankowi śniadanie - mówię sam do siebie.
Jest 5:50, więc niebawem się obudzi. 

Co mu zrobić na śniadanie? Chwilę się zastanawiam, trzymając w dłoni parówkę, którą przed momentem wyjąłem z lodówki.  Gryz, gryz i cała parówka znikła w czeluściach mojego żołądka. Zastanawiam się nadal, w międzyczasie sięgając po kolejną kiełbaskę. Hm? Olśnienie! 
- Może parówkę mu zagrzeję? 
Otwieram lodówkę po raz trzeci i z zażenowaniem stwierdzam, że właśnie przełykam resztki ostatniej sztuki. Ups. No dobra, jaką mam alternatywę? Chleb z pasztetem i ciepłe mleko do popicia. No to do dzieła. Raz, dwa, trzy i śniadanie zrobione. Godzina 6:05. O tej porze Frank już powinien być na nogach. Ale z jego pokoju dobiega tylko ciche sapanie, z domieszką chrapania. Śpi jak miś Boo Boo - słodko. 

Dam mu jeszcze pięć minut, ale po tym czasie go obudzę, bo spóźni się do przedszkola, a zawsze jest tam pierwszy - trzeba dochować tradycji. Usiadłem wygodnie na kanapie. Skoro mam chwilę, to się zrelaksuję w ciszy. Nie zdążyłem pomyśleć o tym do końca, jak przed oczami pojawił mi się czarny mokry nos. 
- Bonzo, złaź ze mnie! No weź mnie nie liż! Idź położyć się na poduszkę, ale już! - wrzasnąłem szeptem (jeśli się tak da). Wow, posłuchał! Pokręcił się chwilę, ugniótł sobie poduszkę i zaległ na niej zwinięty w kłębek. Wtem, z pokoju Franka zaczęły dobiegać odgłosy trzeszczenia łóżka. Oho! Młody wstaje, czas najwyższy. 

Zaraz wyjedzie z pokoju, wlekąc za sobą po podłodze tetrową pieluszkę. A ja przywitam go w milczeniu, żeby to On mógł jako pierwszy, wypowiedzieć na dzień dobry, te słodkie jak miód słowa, które spłyną z jego ust niczym nektar. Moja osłoda goryczy poranka: "Cześć, kosiam Cię tatuś". No i powoli, powoli niczym w zwolnionym tempie odsuwają się drzwi jego pokoju. W półmroku panującym w jego małym przytulnym pokoiku, widzę już zarys drobnej sylwetki mojego synka. Wygląda niczym E.T., wyłaniający się ze swojego latającego spodka i idzie w moim kierunku. Delikatnie kołysze się na boki. Słabe światło z salonu powoli odsłania piękno jego twarzy. Już widzę ten słodki uśmiech na jego buzi. Zaraz wejdzie do salonu, stanie przede mną i powie, to na co ja tak niecierpliwie czekam. 

W oczekiwaniu wpatruję się w idącą ku mnie postać. Ekscytacja sięga zenitu. 
- No chodź tu, chodź. Chodź i powiedz to, na co tak czekam - popędzam go w myślach. No i zbliża się. Już stoi naprzeciw mnie. Przeciera pieluszką swoje zaspane, cudowne oczy, które odziedziczył po mamie. Unosi ku mnie wzrok i nasze spojrzenia spotykają się. Tak, zaraz to powie! Otwiera usta i słyszę: "gdzie Mamusia?" 
Był to wtorek porannego zawodu.

Komentarze

Popularne posty