Moje ulubione miejsce w domu



Kanapa. Moje ulubione miejsce w domu. Stoi w salonie i zachęca. Zachęca, żeby się na niej rozsiąść. Zachęca, by pozwolić odpocząć plecom na jej mięciutkich poduszeczkach. Stoi i wabi, niczym marchewka zająca, który wkłada głowę w sidła. No i wpadłem w nie. Zachowałem się jak pospolity szarak - oszalałem widząc przynętę. Postradałem resztki rozumu. Zapragnąłem usiąść, położyć się, by odetchnąć. Powoli, niemal majestatycznie, z wdziękiem kaszalota, moje "cztery litery", delikatnie niczym motyl, spoczęły na cudownie wygodnym siedzisku kanapy. 
Co za ulga - tak powiedziałyby moje stopy, gdyby mogły mówić, po tym jak wyciągnąłem nogi. Gdy już zaczynałem się oswajać z tą niecodzienną rozkoszą, zjawił się On.

Znikąd. Nagle. Jak Dżinn z lampy. Lecz On nie przyszedł spełniać życzeń. Zjawił się niespodziewanie, jak okres u kobiety. Szybko i nagle. Wyskoczył jakby spod ziemi, chociaż mieszkamy na pierwszym piętrze. - A kysz siło nie czysta! Wara ode mnie! - pomyślałem. Może jak będę udawał martwego, to mnie nie zauważy? Zignoruje i zostawi, jak niedźwiedź turystę, odstąpi. Zamykam oczy, wstrzymuję oddech. Nasłuchuję. Słyszę jego ciche sapanie. Nadal tu jest. Czuję jak patrzy. Jak jego wzrok świdruje moje niemal omdlewające z braku tlenu ciało. Wdech. Otwieram oczy i kątem oka dostrzegam jak odchodzi. - Uffff... Relaks trwa nadal! - ta radosna myśl nie zdążyła wybrzmieć do końca w mojej głowie, 
gdy usłyszałem słowa - Tatuś?! 

Nie odpowiadam. Nadal leżę w bezruchu i udaję, że mnie tu wcale nie ma. Widzę jak mała dłoń zbliża się do mojej twarzy. Czuję jak mały wskazujący paluszek, prawej dłoni mojego Malca wdziera mi się do nosa. Potem do ucha, następnie atakuje moje lewe oko. Ale ja nadal twardo, niczym Roman Bratny - ten z tekstu Sienkiewicza - nie daję za wygraną. Już leżę dwie minuty. To o całe dwie dłużej, niż poprzednim razem. Mały wskazujący palec, z nieopisaną zawziętością, atakuje moją głowę. Po raz kolejny przypuszcza atak na nos, potem w towarzystwie pozostałych kompanów szturmuje moje paszczydło. Mam ochotę ugryźć, ale przecież mnie tu nie ma. Więc nadal niewzruszenie trwam na swojej pozycji - jak Gwardzista Szwajcarski z straży papieskiej. Dusząc w sobie śmiech. Nagle zauważam, że maleńka dłoń odstąpiła od ofensywy. Może Franki uznał, że nie wygra tej batalii? Lecz zaraz, coś się wspina na kanapę, na poduszki...

Hop! Czas się zatrzymał. Otwieram przekrwione od dziobania palcem oczy, skupiam wzrok... O nieeeeeeeeeeee... Bam! Frank tyłkiem ląduje na moim brzuchu. Z wielkim impetem spada wprost na przeponę. Booooooże, Chryste Panie! Synu, kur...ka wodna, poważnie?! Dla pewności, że ożyłem, wykonał jeszcze kilka podskoków wtórnych. Resuscytacja w wersji hardcore. Taaaaaaatuś...! Słysząc jęk mojego cierpienia, z łazienki wyłoniła się moja żona, a matka tej małej, krwiożerczej kałamarnicy, która teraz ciągnie mnie za uszy, swoimi małymi mackami. 

Niczym odsiecz Wiedeńska, Asia skierowała się wprost w naszym kierunku. W pełnym galopie, jak huzar na swoim rumaku, zbliża się do miejsca mojej kaźni. Zaraz mnie ocali, da wytchnienie, dopomoże. Tak!
- Czy Ty musisz mu pokazywać tylko takie durne zabawy?! - usłyszałem. 
- Połóż się na kanapie i daj dziecku spokój!


 WTF?!

A jak Ty się relaksujesz?



Komentarze

Popularne posty