Dlaczego nie biję swojego syna



"Gdy się dzieci nie bije, to im wątroba gnije", usłyszałem kiedyś w rozmowie z mężczyzną sporo starszym ode mnie. No, a jako że jestem człowiekiem, który lubi dociekać prawdy, postanowiłem zweryfikować ten pogląd. Często przeglądam fora internetowe, w których dyskutuje się o wychowywaniu dzieci. Ale nie poprzestaję tylko na tym. Rozmawiam też o tym zagadnieniu na co dzień, z ludźmi w pracy. O ich doświadczeniach wychowawczych. O tym czemu dzieci w dzisiejszych czasach, są takie niegrzeczne, wręcz pyskate i krnąbrne (kiedyś też takie były?). Po złożeniu w jedną całość zdobytych w ten sposób informacji, powstaje obraz mówiący, że przyczyną tego stanu rzeczy, jest fakt, iż dzieci w dzisiejszych czasach nie dostają lania. Że nie wiedzą co to pas na dupie. Niestety tak wynika z tego co czytam i słyszę: "bo dziecko trzeba czasem wytrzaskać po tyłku". Na szczęście ten pogląd pomału się zmienia. Między innymi dzięki tekstom blogowych piewców wychowania bez przemocy, do których chcę dołączyć, bo Oni mają rację. Przemoc jest złą metodą wychowawczą. Wychowywanie z pozycji siły, nie uczy niczego dobrego, jedynie rujnuje to, co chciałoby się osiągnąć. Dziś opowiem, dlaczego ja nie bije swojego synka. 

Nie jestem idealny, ba nigdy nie byłem, a za młodu byłem jeszcze gorszy. Miałem sporo za uszami, wiecznie coś kombinowałem. Często skupiałem wokół siebie nieodpowiednie towarzystwo, a może to ono przyciągało mnie? Trudno wyczuć. Z perspektywy czasu, ciężko to ocenić. Niemniej trwało to do momentu, gdy upomniało się o mnie Wojsko Polskie, gdzie otrzymałem lekcje pokory - tak, fala. Byłem dość porywczym, pyskatym i wiecznie niezadowolonym gnojkiem, o bardzo nieciekawej opinii. Z domu rodzinnego wyniosłem szacunek do starszych, bo pochodzę z małej wsi pod Opolem, gdzie jeśli nie powiesz komuś dzień dobry, to bura w chacie murowana. Więc mówiłem dzień dobry wszystkim ludziom w wieku moich rodziców i starszym. Poza tym, z dzieciństwa zapamiętałem, że wszelkie drobne przewinienia, naganne postępki, bądź bardzo złe zachowanie, oceniała najwyższa rada sądownicza w postaci mojego ojca. I tak w kolejności wykroczeń, kary były następujące: opierdziel, klapsior lub kilka klapsiorów w dupsko (w zależności od rodzaju przewinienia), a za najcięższe występki, groziło batożenie pasem po tyłku, raz dostałem kablem od prodiża (na szczęście tylko w dupę, no z drobnym rozrzutem na uda). Żeby była jasność, jak byłem grzeczny to ojciec był w porządku, nie był jakimś tyranem maltretującym swoje dzieci. Takie metody wtedy były normą, cudowne lata dziewięćdziesiąte. Niemniej, to spowodowało, że bardzo Go nie lubiłem, a  nasze stosunki należały do chłodnych. Mam z nim jedno miłe wspomnienie – nasz wakacyjny wypad na rowerach w Bieszczady, to było fajne. Wracając do tematu, to relacje z ojcem zawsze miałem chłodne. Głównie dlatego, że On nie próbował tłumaczyć, że okradanie sklepiku szkolnego jest złe lub że nie powinienem palić fajek w kościelnej zakrystii. Zamiast tego On wbijał mi to do głowy, za pomocą pasa, przez dupę.

Mama, Ona była bardzo fajna – rodzice ciągle żyją (mówię o Nich w czasie przeszłym z innego powodu, o którym może kiedyś Wam opowiem, jak już sam się z tym uporam). Bądź co bądź, jako najmłodszy w rodzinie, byłem zawsze faworyzowany przez Mamę. Bardzo mnie kochała, czasem nawet próbowała wynegocjować złagodzenie wyroku, na odsiadkę z zawiasami – szlaban po prostu. 

Doświadczenia z Ojcem, przewodniczącym trybunału sprawiedliwości i katem w jednej osobie, z biegiem lat ze złości przeistaczały się w troskę. Tak, w troskę. Dlaczego? Bo zawsze się obawiałem tego, że przeniosę ten schemat zachowania (ten z rodzinnego domu) na swoją własną rodzinę. Na szczęście okazało się inaczej, zamiast być jak sędzia Dreed, troszczę się o relacje z moim synkiem. Poświęcam Mu uwagę, tłumaczę gdy coś przeskrobie, staram się być powściągliwy w swoich reakcjach gdy On testuje na ile może sobie pozwolić. Owszem, czasem podniosę głos, może nawet krzyknę, ale potem jest mi głupio. Tak po ludzku wstyd. Pracuję nad sobą, bo kiedy patrzę w jego roześmiane oczy, żal mi tych wszystkich zmarnowanych przez mojego ojca lat, ja kiedyś też byłem taki jak mój syn teraz. Poszukujący swojego pierwszego bohatera. On, mój ojciec, mógł nim być. Przecież mógł postępować inaczej. Ale nie chciał, a może nie potrafił? Nie chcę być taki jak On. Dlatego nie biję swojego dziecka. Nie stosuję klapsów. Zachęcam innych rodziców do pracowania nad sobą. Przytulanie, okazywanie czułości i zrozumienia dzieciom, to najlepsza metoda wychowawcza.


Jeśli zgadzasz się ze mną, będzie mi bardzo miło jeśli udostępnisz ten wpis innym, by mógł dotrzeć do większej liczby osób.

Komentarze