Zabawa z przemocą w tle



Wyjątkowo w sobotę, z uwagi na to, że w niedzielę spodziewaliśmy się gości, poszedłem z Frankiem na salę zabaw. Pierwsza godzina minęła jak zwykle. Biegaliśmy, wspinaliśmy się na wszelakie przeszkody, zjeżdżaliśmy ze ślizgawek. Zabawa i radość. Pełen fun. Zmęczeni usiedliśmy przy naszym stoliku, zajadaliśmy się chrupkami kukurydzianymi i popijaliśmy je sokiem. Chwilę rozmawialiśmy o tym co przed chwilą wspólnie robiliśmy. Jeśli w ogóle, można to było nazwać rozmową. Bo na wszystkie moje pytania Frank odpowiadał - nie.

Złapawszy oddech, puściliśmy się do dalszej zabawy. Goniłem Franka po całym obiekcie udając Yeti, z kolei On bardzo wczuł się w role przyszłego obiadu potwora z Himalajów. Biegł przed siebie z uniesionymi rękoma w górze, drąc się wniebogłosy - aaaaaaaaaaaaaa... Tatuś nieeeeeee...!!! - Uwielbiam Go i jego ekspresję. Biegaliśmy tak przez jakiś czas, a dokładniej do momentu gdy zabrakło mi tchu w płucach. - Jezus Maria! Synu, zaraz płuca wypluję i zdechnę, czekaj chwilę! - [Błagałem Go w myślach, by przystał na chwilę w swych harcach. ]

Usiadłem sobie na wielkiej, podłużnej pufie, koloru niebieskiego, której głównym zadaniem jest oddzielić sekcje dla dzieci poniżej czwartego roku życia od reszty sali. Ale genialnie sprawdza się także do odpoczynku, zwłaszcza ojcom którym zabrakło powietrza w płucach. Siedziałem tak chwilkę, gdy podbiegł do mnie Frank. W zasadzie On wbiegł na mnie z siłą taranu, spychając mnie z tej wielkiej gąbki. Upadłem na plecy, na szczęście wpadłem do części zabaw dla maluchów, miękkiej i bezpiecznej. O nie! - pomyślałem - Nie pozostanę Ci dłużny! - Gdy tyko podszedł do mnie, by zobaczyć co się stało, ja podciąłem mu ręką nogi. Upadł jak długi. Leżał tak przez moment, po czym wstał śmiejąc się od ucha do ucha. -
Taaaaatuś... - oczywiście postanowił wziąć odwet.

Tak się popychaliśmy, podcinaliśmy sobie nogi, jeden gonił drugiego, tylko po to by później wspólnie się wywrócić. Spirala adrenaliny się rozkręcała, zabawa była przednia. Ale bardzo, bardzo nie odpowiednia. O czym miałem się wkrótce przekonać. W miejscu naszej zabawy znalazła się mała dziewczynka - bejbi. Tak Franki nazywa dzieci młodsze od siebie. Widać było, że dopiero od niedawna chodzi. Jej ruchy były bardzo chaotyczne i niepewne. Idąc z punktu A do punktu B, wyglądała jak Neil Armstrong w czasie księżycowego spaceru.

Frank postanowił się z nią pobawić. Pech chciał, że akurat dokładnie w naszym "męskim" stylu. Chciał kopnąć, szturchnąć, popchnąć. Zrobić to, co my przed momentem w zabawie. On jest grzecznym chłopcem, nigdy wcześniej się tak nie zachowywał w stosunku do innych dzieci. I nie mogę Go winić za to, co chciał zrobić. Bo to efekt zabawy z przemocą, na którą ja sam ("odpowiedzialny" tato) przystałem. W jednej chwili zniszczyłem (podałem w wątpliwość), to co budowaliśmy z żoną przez ostatnie dwa lata. Na szczęście Frank prędko zrozumiał, mój błąd. Dość szybko powrócił do swojego codziennego (grzecznego) zachowania. Uff. To była dla mnie lekcja. Tym bardziej, że świadkiem całego zajścia z dziewczynką, była moja żona, która wpadła z niespodziewaną kontrolą. Jej pogadanka na temat głupoty jaką się wykazałem, była słuszna i uzasadniona - bardzo na miejscu. Teraz wiem, że muszę rozważniej dobierać zabawy. Nie chcę zniszczyć mojego dziecka, bo przemoc jest zła. Zawsze i w każdej okoliczności.

Komentarze

Popularne posty