Twoje dziecko też tak robi, pozwól sobie to dostrzec.



Spotykam się czasami z opinią, mówiącą że dzieci nie wiedzą, co jest dla nich dobre. Frank pewnie nie ma pojęcia, po co każdego wieczora podaję Mu witaminę D. Ale moim zdaniem, nawet dwulatek w swojej małej głowie, potrafi ułożyć sobie priorytety. Potrafi wywnioskować, co jest dla niego lepsze. Są to "małe" rzeczy, ale nie od razu Rzym zbudowano.   



Piątkowe popołudnie, a tak dokładniej około godziny 17:30. Letnie słońce leniwie chyli się ku horyzontowi. Za kilka godzin zniknie za nim całkowicie. Całe szczęście, bo w mieszkaniu mamy chyba 500 stopni Celsjusza. Joanna kończy ubierać Franka, a ja zakładam sandały. Przy drzwiach wyjściowych z naszego mieszkania stoi przyszykowana wcześniej, przeze mnie, zielona skrzynka oraz niebieska torba, którą przywieźliśmy kiedyś ze szwedzkiego sklepu z meblami. Teraz świetnie się sprawdza do noszenia napoi. Pies biega po korytarzu jak poparzony. Pewnie liczy, że pójdzie z nami. Ale nie. To panowie wychodzą na zakupy spożywcze. Ja jestem gotowy, Frank jeszcze odrobinkę się ociąga. Zaczynam się delikatnie irytować, ponaglam Go mówiąc: 

Ja: Franki, tato idzie sam. 
Franki: czekaj tatuś, czekaj!

No pewnie, że zaczekam, nawet wieczność, jeśli będzie taka potrzeba. Korzystając z chwili kucam przed Bonzem i głaszczę go po łepetynie. Oczy błyszczą mu z podniecenia, głupi nadal ma nadzieje, że pójdzie z nami. Musisz zostać w domu, nie możemy Ciebie zabrać do sklepu. No sorry. Ale jutro pójdziemy wszyscy razem na łąkę i do lasu, wybiegasz się na pewno - mówię do psa. Chyba mnie nie zrozumiał, bo nadal tańcuje w holu jak derwisz. 

Wychodzimy. Na parkingu czeka na nas wysłużony, ale niezawodny jak dotąd Peugeot, jego zielony metaliczny lakier pięknie błyszczy w popołudniowym słońcu. Frank otwiera samochód i oddaje mi klucz. Wsiadamy. Przed odjazdem kilka słów do syna:

Ja: Franki, jeśli będziesz grzeczny i pomocny na zakupach, pozwolę Ci wybrać sobie dowolną rzecz w Bocianie (polski sklep w naszym mieście). Ale pamiętaj, że jeśli wybierzesz piwo, piję je ja (jeszcze nigdy nie wybrał piwa). Umowa?

Frank: Tak tatuś, umowa

Uścisk naszych dłoni pieczętuje wypowiedziane słowa. No to wio, jedziemy. Po kilku minutach jazdy samochodem, jesteśmy na miejscu. Na pierwszy ogień idzie Aldi. Tam robimy większość zakupów. Franki siedzi w koszyku i układa produkty które mu podaję. Mleko, masło, ogórki... A robi to w wybitny sposób, ogląda z zaciekawieniem to co trzyma w dłoni, po czym z impetem rzuca wszystko na jedną kupę. Przy kasie nie mam za wiele roboty, mój kochany dwulatek wypakowuje na taśmę to, co ma w koszyku. Później zapakuje je do niego z powrotem. W zasadzie moja rola na tym etapie zakupów, ogranicza się do płacenia. Frank życzliwie żegna się ze sprzedawczynią, macha ręką na do widzenia przy okazji wołając doei (cześć). 

Udajemy się na parking, gdzie zostawiliśmy Stefana - tak ma na imię nasz samochód. Ja pakuję do bagażnika, a Franki podaje mi po kolei zawartość koszyka. Naprawdę świetna współpraca. Teraz przyszedł czas na Bociana. Lubimy tu przychodzić, jedna z ekspedientek ma syna w podobnym wieku co Frank, wiec mam z kim porozmawiać. O tej porze zazwyczaj nie ma ludzi, w sobotę rano zwalą się tłumnie. Ok Franki, mamy już wszystko. Teraz możesz wybrać jedną rzecz dla siebie.

 Młody nieśpiesznie obchodzi sklep, ja podążam za nim w stosownej odległości. Franeczek ogląda, ciastka, płatki śniadaniowe, zagląda do lodówki, nawet ziemniaki zrewidował. Ale nie znalazł jeszcze nic, co by Go zainteresowało. I tak niespiesznym krokiem zbliżamy się do chłodziarki z wędlinami. Zaraz przed nią ułożone są piwa, Franki bardzo lubi bawić się puszkami, ale tym razem patrzy nieco wyżej. Oho, pewnie zażąda lizaka. Cała kolekcja wystawiona jest na górze chłodziarki. Maluch wyciąga rękę i wyprostowanym palcem wskazuje na coś mówiąc: To, tatuś. Cóż jest tu sporo rzeczy więc "To, tatuś" jest dość skromnym opisem tego co sobie życzy. Wskazuję Mu ręką na lizaki, pytam syna czy o nie chodzi. - Nie, tatuś - słyszę w odpowiedzi. To może to? Obok lizaków stoi ciasto. Nie tatuś, Franki odpowiada z uśmiechem. Zaczyna mnie ogarniać duma, bo syn jest przed kolacją i nie chce słodyczy. Drążę dalej - Pokaż tacie, o co Tobie dokładnie chodzi? - Frank przystawia palec do szyby lady chłodzącej i z pełną stanowczością powtarza - To, tatuś. - To tutaj? - pytam żeby się upewnić. Tak tatuś. Ok. Podnoszę wzrok, spoglądam na sklepową. Proszę jedną parówkę, do ręki, dla tego Pana.


Komentarze