Kaczka, auto i spełnione życzenie


Przez mieszkanie niesie się płacz małego Franka. - Co się stało? - pytam, podchodząc do siedzącego na podłodze brzdąca. Reakcji barak, tylko płacz. - Jak Ci mogę pomóc? - pytam kolejny raz, wkładając w to wszystkie pokłady troski i miłości jakie posiadam. Frank uspokaja się, wyciąga w przód dłoń, wskazując paluszkiem na jedną z miliona zabawek leżących przednim i oznajmia: - Yyyyyyyyyyyyy... yyyyyy... y. - Acha, skrobię się po głowie. - Chciałbym żebyś już mówił. - powiedziałem na głos.  
  
Minął rok. Letnie, poranne słońce wstaje nad miastem. Młode, zielone listki szumią na wietrze. Ptaki wysoko w koronach drzew śpiewają beztrosko. Piasek zgrzyta pod kołami rowerka biegowego, przejeżdżającego po białym mostku, nad jednym z licznych kanałów. Obok jadącego na nim Franka, idę ja. Poranny niedzielny spacer. Sam na sam z synem. Takie męskie zacieśnianie więzi. - Tatuś kaczka! - przerywa ciszę głos Franka. - No, nawet dwie, trzy, cztery... - liczę na głos, pływające po kanale ptaki. A było ich z trzydzieści. - Tatuś kaczka! - kontynuuje Franki. - Tak synku. - przytakuje. - Tatuś kaczka! - Masz rację. Pływa ich tu całkiem sporo - mówię do synka. - Tatuś kaczka! - woła Frank, z tym samym entuzjazmem co za pierwszym razem. - Tak Kochanie. - odpowiadam po raz trzydziesty. Przystajemy na mostku. - Chcesz nakarmić kaczki? - pytam smyka, bo prawie zawsze bierzemy jakiś stary chleb ze sobą na spacer.
- Tak! Tak! - woła podekscytowany malec. Razem siadamy przy barierce. Ja rwę chleb na drobne kawałki, które następnie Franki rzuca kaczkom do pożarcia. - Tatuś kaczka! - Frank woła po raz kolejny. - Tak i zobacz, jak zjadają chlebek. - mówię Mu pokazując palcem w kierunku ptaków. - Tatuś kaczka chlebek eten (zjada - z holenderskiego) - woła Franuś. - Super! Bo to chlebek od Ciebie, dlatego tak im smakuje. - chwalę syna za Jego entuzjazm. - Tatuś kaczka chlebek eten! - woła ponownie Frank. - Tatuś kaczka chlebek eten! Chlebek eten kaczka! Eten kaczka chlebek! Tatuś kaczka...! Tatuś...! Kaczka...! Kaczka tatuś...! - powtarza jak zadarta płyta, bez końca raz za razem. Zapasy stoickiego spokoju, które gromadziły się we mnie przez noc, a które miały mi wystarczyć na cały dzień, właśnie są na wyczerpaniu. Już miałem rzucić Franka na pożarcie kaczkom, ale się opamiętałem. Zamiast tego, sam zaczynam pożerać chleb, byle by tylko zniknął. Żeby jak najprędzej się z tego miejsca oddalić. - O, chlebek op (skończył się - z holenderskiego). - Franki patrzy na mnie ze smutną miną. - Oj szkoda. - mówię do syna. Ale w duchu tryskam z radości: yes, yes nie ma chlebka. Yes!!!!!!!!!!!!!...!!!!!!!!!!!! - Chodź, idziemy dalej. - mówię Frankowi.  

Szelest piasku pod kołami rowerka biegowego oraz człapanie butów rozmiar czterdzieści pięć, odmierza kolejne przebyte metry, dziesiątki metrów. W powietrzu rozchodzi się dźwięk szumiących liści, śpiewających ptaków, szelest piasku pod kołami i człapanie butów. Idealny spokój. - Uf! - westchnąłem. Wtem weszliśmy w sąsiednie osiedle. A tam: - Tatuś auto! Tatuś wielkie auto! Tatuś auto ma koła! Tatuś wielkie białe auto! Tatuś auto jedzie! Tatuś auto stoi! Tatuś...! - Frank wyrzuca z siebie słowo za słowem. A ja cierpliwie przytakuję. - Tak synku, tak auto. - Po godzinnym spacerze, okupionym kilkoma nowymi siwymi włosami na mojej głowie, wróciliśmy do domu. Każdy z nas zajął się swoimi sprawami. Ja, robię śniadanie, a Frank bawi się w swoim pokoju. Dobiegają z niego jedynie odgłosy rozgardiaszu, który tam właśnie powstaje. Gdy nagle słyszę wołanie: - Tatuś help! - Wkraczam dziarsko w dziesięć metrów kwadratowych mojego syna. - W czym mogę Ci pomóc Franeczku? - pytam uśmiechnięty mojego kochanego synka. Ten siedzi na podłodze, z wyciągnięta w przód ręką, z palcem wskazującym skierowanym ku tysiącu zabawek, rozrzuconych wokół Niego i mówi: -Yyyyyyyyyyyy... yyyyyy... y. 

Komentarze

Popularne posty