#3

ojciec to ja


Większość mojego czasu, w ciągu tygodnia absorbuje praca. Po południu zostaje mi tylko kilka godzin dla dzieci i żony. W weekendy sprawa wygląda zupełnie inaczej. Oboje z Asią poświęcamy jak najwięcej uwagi dzieciom. Często kosztem sprzątania, i tym podobnych pierdół. W chwili obecnej, najwięcej tego czasu poświęcamy Frankowi, żeby jak najlepiej zrekompensować Mu pojawienie się w domu Maksa. Spędzamy z Frankiem dużo czasu wspólnie (całą rodziną), oraz poświęcamy Mu go sporo, sam na sam. Żeby przez kilka godzin miał jedno z nas na wyłączność. To właśnie w weekendy, wydarza się najwięcej sytuacji, które opisuję dla Was w historyjkach o poranku. Ta miała miejsce w sobotę, przy okazji tej samej eskapady rowerowej, o której wspominałem przy okazji spotkania z dresiarzami.


Jechaliśmy rowerem wzdłuż malowniczej zatoki. Słońce wisiało jeszcze nisko nad horyzontem, a na trawie nadal leżała rosa. Przy jednej z licznych plaż, pływały łabędzie. Zatrzymałem się, by pokazać Frankowi „brzydkie kaczątka”. Były ich cztery. Po chwili obserwowania ptaków, poprosiłem Franka by je dla mnie policzył, bo ogania już liczenie do 10. Frank liczy: dwa, sześć, trzy, osiem. Hm? Może spróbuj jeszcze raz  – zachęcam syna do większego skoncentrowania się. Frank liczy ponownie: siedem, cztery, jeden, trzy. Ręce mi opadły. To ile jest tych łabędzi? – pytam zrezygnowany. Cztery tato! – odpowiada Frank. 

Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty